Reklama
Doktor Mariola Gaca z tytułem Honorowego Obywatela Gminy Tuchola (WYWIAD)
Już w najbliższy piątek, 24 października, podczas XX sesji Rady Miejskiej w Tucholi, tytuł Honorowego Obywatela Gminy Tuchola otrzyma doktor Mariola Gaca.
Podczas wrześniowej sesji burmistrz Tadeusz Kowalski przedstawił jej kandydaturę, podkreślając ogromny wkład lekarki w rozwój lokalnej służby zdrowia. Kapituła honorowego tytułu jednogłośnie zarekomendowała przyznanie tego wyróżnienia właśnie Marioli Gacy – lekarce, społeczniczce i osobie od lat zaangażowanej w dobro mieszkańców. Jak zaznaczał burmistrz, Mariola Gaca odegrała kluczową rolę w organizacji podstawowej opieki zdrowotnej w Tucholi, współtworząc Miejskie Centrum Lekarskie i przez wiele lat kierując jego działalnością. Szczególne uznanie zyskała również dzięki zaangażowaniu w powstanie i prowadzenie Hospicjum im. Św. Małgorzaty, które obejmuje opieką chorych nie tylko z terenu powiatu tucholskiego, lecz także z sąsiednich regionów.
Nie bez znaczenia pozostaje także jej wkład w organizację opieki medycznej podczas pandemii COVID-19, w tym w tworzenie punktu szczepień masowych.
O motywacjach, wartościach i emocjach towarzyszących jej pracy porozmawialiśmy z dr Mariolą Gacą, która w szczerej rozmowie opowiedziała nam o drodze zawodowej, wyzwaniach i wzruszeniach związanych z tytułem Honorowego Obywatela Gminy Tuchola.
BoryTucholskie24.info: Wniosek o przyznanie Pani tytułu Honorowego Obywatela Gminy Tuchola poparło aż 131 osób – znacznie więcej niż wymagane sto podpisów. Jak zareagowała Pani na tak duże wsparcie mieszkańców?
Mariola Gaca: Zaskoczeniem. Chociaż powiem szczerze, najbardziej zaskoczona teraz jestem, gdy pojawiła się informacja o przyznanym tytule, to pacjenci mnie zaczepiają na ulicy. Po prostu jestem zaskoczona, że oni to odebrali tak pozytywnie i że każdy mi gratuluje. Nawet ci pacjenci, którzy nie są stałymi pacjentami. Jestem wręcz zszokowana tym, że mnie wybrali i że dostałam takie poparcie. Druga sprawa, ja nie jestem Tucholanką. Ja nie pochodzę stąd. Pochodzę z Bydgoszczy. Mój mąż Michał ma tu rodzinne korzenie, a tutaj nagle się okazuje, że to ja zostałam honorowym obywatelem.
Czy wie Pani, kto był inicjatorem powstania wniosku o przyznanie tytułu?
Z tego co ja wiem, to sam burmistrz. Pewnie zlecił to komuś docelowo. Wiem, że podpisy były zbierane tutaj w przychodni.
Co dla Pani osobiście oznacza ten tytuł – wdzięczność społeczności, wyróżnienie za pracę, a może pewnego rodzaju zobowiązanie wobec Tucholi?
Jedno i drugie. Osobiście uważam, że to zawsze ma dwa końce. Czuję się tak bardzo uhonorowana. Przecież w końcu trzydzieści parę lat pracuję jako lekarz. Myślę, że jest wiele osób, które bardziej zasługiwało na ten tytuł. Więc tym bardziej byłam mile zaskoczona. Zwłaszcza, że jestem jedynym lekarzem w tym gronie. Dodatkowo w takim okresie, gdzie lekarze często są krytykowani. Potraktuję to jako docenienie całego środowiska, ale oczywiście jest to pewnego rodzaju zobowiązanie.
Burmistrz wspomniał o Pani ogromnym udziale w tworzeniu Miejskiego Centrum Lekarskiego. Jak wspomina Pani początki tej instytucji i wyzwania, z jakimi trzeba było się zmierzyć?
Ciężko było, przy czym ja nawet nie chciałam być dyrektorką. To pani Wiśniewska-Pawlak miała nominację od wojewody, natomiast ze względu na stan zdrowia nie mogła pełnić tych czynności. Tak też Jarosław Katulski z moim mężem Michałem zaczęli mnie namawiać, abym to ja została dyrektorem. Zgodziłam się, ale początki były tragiczne.
[Red.] Początkowo największym wyzwaniem były kwestie finansowe i obawy o możliwość utrzymania placówki oraz zapewnienia wynagrodzeń pracownikom. Jak wspomina pani doktor, gmina nie pozostała obojętna i udzieliła wsparcia, dzięki czemu sytuacja się ustabilizowała. Dziś Miejskie Centrum Lekarskie działa prężnie i już wkrótce będzie obchodzić 25-lecie swojej działalności.
Dużo mówi się o Pani zaangażowaniu w powstanie Hospicjum im. św. Małgorzaty. Skąd wziął się pomysł, by właśnie w tym kierunku rozwinąć działalność?
To było takie grono założycielskie, w którym było dużo osób. Niestety mamy z mężem pewne doświadczenia. Wszyscy u nas w rodzinie mieli raka, więc to jest temat nam bardzo bliski. Ojciec Michała był też chirurgiem, także to tak rodzinnie jest ta skłonność do niesienia pomocy.
[Red.] Jak wspomina pani doktor, pomysł powstania hospicjum zrodził się po rozmowie z kobietą, która szukała wsparcia dla bliskiej osoby chcącej pozostać pod opieką w domu. To spotkanie stało się impulsem do działania. Państwo Mariola i Michał Gacowie postanowili zaangażować się w tworzenie hospicjum i dołączyli do grona członków założycieli. Tak w 1999 roku powstało Hospicjum im. Św. Małgorzaty, które do dziś niesie pomoc osobom chorym i ich rodzinom.
Praca w hospicjum wymaga ogromnej empatii i siły. Czego nauczyło Panią to doświadczenie zawodowo i prywatnie?
Pokory przede wszystkim, ale też takiej cierpliwości. Pacjent onkologiczny jest inny, ten kontakt też jest inny. Relacje też zawiązują się mocniejsze niż z takim pacjentem, którego widzimy raz na jakiś czas. Zdarzają się też sytuacje ciężkie. Pacjent nie jest w stanie zrozumieć, dlaczego właśnie on. Może mieć też pretensje do ciebie, że nic nie robisz. Mnie to nauczyło bardzo dużej empatii, zrozumienia cierpienia ludzkiego, żeby uważać na to, co się mówi. Nauczyłam się także przekazywać informacje, te niedobre. Nauczyłam się też zadawać pytania pacjentowi tak, aby wyczuć możliwości związane z rozmową na temat stanu zdrowia pacjenta.
W czasie pandemii była Pani zaangażowana w organizację punktu szczepień masowych w Tucholi. Jak wspomina Pani tamten okres pełen stresu i niepewności?
Mieliśmy zorganizowany wyjazd do takiego punktu w Ciechocinku, który prężnie już działał. To był strzał w dziesiątkę. Tam zobaczyliśmy, jak to fantastycznie działało.
[Red.] Po powrocie rozpoczęły się intensywne przygotowania. Jak opowiada pani doktor, ówczesny dyrektor OSiR-u, Janusz Zawadzinski, zakupił materiał, z którego panie szyły przepierzenia na dużą halę sportową. Stoły do tenisa stołowego posłużyły jako konstrukcje pod ścianki działowe, a burmistrz sfinansował materiał do ich obszycia. Pomagały panie z Kół Gospodyń Wiejskich i lokalne krawcowe – często całymi nocami.
To był taki zew całego środowiska. My to pracowaliśmy cały dzień i całą noc, żeby to grało. Logistycznie było to ogromne przedsięwzięcie, aby odpowiednio dysponować pacjentami.
[Red.] W organizację punktu szczepień włączyło się wiele osób i instytucji z całego powiatu – pracownicy bibliotek, urzędów i lokalnych organizacji. Lekarze poświęcali swój czas po godzinach pracy w przychodni, by wspierać akcję. Pani Mariola przyznała, że razem z dyrektorem MCL-u, Arturem Nagórką, nie byli w stanie sami wszystkiego ogarnąć, dlatego do zespołu dołączyła nawet jej córka Alicja, która przyjechała specjalnie z Poznania, by pomóc.
Gdyby miała Pani wskazać moment lub decyzję, z której jest Pani najbardziej dumna w swojej karierze, co by to było?
Moim marzeniem od samego dziecka było zostać lekarzem. Ogólnie trudno mi powiedzieć, co by to było, ale powiem tak. Na początku było mi strasznie trudno przyzwyczaić się do pobytu w Tucholi i byłam troszeczkę zła na swojego męża, że kazał mi tu przyjechać. Mąż się wtedy uparł. Znalazł tu przecież miejsce pracy. Ale teraz nie oddałabym tego za żadne skarby. Nieraz mówię mężowi, jakie to szczęście, że on się wtedy uparł na tę Tucholę. Więc teraz jestem tutaj. Dumna z powstania i utrzymania takiego poziomu lekarskiego w MCL.
Dziękujemy za rozmowę.